W szkole coś na ząb?

Trudno by było wymagać od uczniów by wiele godzin spędzali w ławkach nie wzmacniając sił posiłkiem, konkretniejszym niż lody lizaki i ciasteczka. Troskliwi rodzice oczywiście pakują do tornistrów i plecaków paczki z drugim śniadaniem jednak nierzadko jest to zdecydowanie za mało. Można powiedzieć że są dwa zasadniczo aspekty dokarmiania się uczniów w trakcie długich przerw. Mianowicie niemała część szkolnej społeczności udaje się do sklepików barów i innych placówek które wykupiły czy tez wynajmują cześć budynku szkolnego. Uczniowie bardzo chętnie wydaja kieszonkowe właśnie w sklepikach na drożdżówki i inne nie do końca wartościowe posiłki o hamburgerach o hot-dogach nie wspominając. Rodzice wręczając drobne kwoty podkreślają że są to pieniądze właśnie na obiad nie na słodycze czy tak zwane zapychacze żołądka. Jednak młody człowiek zwykle pamięta o takich zastrzeżeniach do momentu kiedy większość jego kolegów ruszy z wrzawą właśnie do sklepiku przepuścić swoje kieszonkowe. Trzeba pamiętać że rodzice którzy dają swoim dzieciom pieniądze na obiady nie robią tego z powodu niechęci do gotowania w domu tylko dlatego że zwykle nie maja na to czasu. Także uczeń po powrocie do domu nie ma co liczyć na to że będzie na niego czekał obiad. Niczego nie podejrzewający rodzic jest zadowolony bo ma przekonanie że syn czy córka zjadł coś wartościowego w ciągu dnia a młody człowiek ukradkiem podjada w domu co się nawinie w rękę. Rozwiązaniem jest wykupienie karnetu na obiady w szkolnej stołówce a dziecku wręczenie faktycznie drobiazgów na ewentualny deser.